Muzeum Sztuki i Rzemiosła w Hamburgu

Muzeum Sztuki i Rzemiosła w Hamburgu

Mrs Foch bardzo lubi sztukę użytkową. Zachwyca się meblami, sprzętami jakie ludzie używali na przestrzeni wieków. Godzinami może podziwiać detale strojów zmieniających się w zależności od epoki. Jednak Muzeum Sztuki i Rzemiosła, dokładnie Muesum fur Kunst und Gewerbe okazało się jedna wielką pomyłką. Trzy piętra zbiorów, które wg Mrs Foch, w zupełności można zmieścić na jednym. Interesujące były jedynie drobiazgi związane z kulturą japońską - ale przecież nie każdego fascynuje oglądanie katany czy wakizashi. Dodajmy do tego kilka perełek sztuki użytkowej i kilometry muzealnych korytarzy. I brak jakichkolwiek informacji o eksponatach w języku angielskim. Mrs Foch dobrowolnie już tu raczej nie wróci ;)




Targ Rybny w Hamburgu

Targ Rybny w Hamburgu

Idź na targ rybny mówili, kupisz sobie świeżą rybkę.

Mrs Foch kocha sushi. Jest to miłość z wzajemnością. Razem udaje im się stworzyć szczęśliwy związek, który trwa już wiele lat. Dlatego, kiedy dowiedziała się, że w Hamburgu istnieje targ rybny i skoro świt można kupić tam świeżą rybę – podjęła wyzwanie. Co prawda godziny funkcjonowania 5.00 – 9. 30 w niedzielę (tak dobrze widzicie – rano!!!) są barbarzyńskie i każdy porządny chrześcijanin przewraca się wtedy w łóżku na drugi bok, to jednak możliwość upolowania świeżutkiego łososia, jest warta tak wstrząsającego poświecenia.

Targ Rybny (Fishmarkt) w Hamburgu, to także jedna z głośniejszych atrakcji miasta. Mobilizacja do wstania z łóżka była wiec podwójna. Mrs Foch bohatersko nastawiła budzik, równie bohatersko o poranku zwalczyła pokusę, aby go roztrzaskać w drobny mak i skoro świt dotarła nad rzekę.


Wyglądało to tak…


Jak widać, polskie budy na targowiskach to zwykły europejski standard i nie ma się co wstydzić ;) Gorzej było z zakupami. Targ Rybny okazał się być rybny głównie z nazwy. Większą część zajmowały stoiska warzywno-owocowe ale i zdarzały się kwiaty, rośliny, tekstylia czy różnego rodzaju pamiątki. Owoce morza występowały głównie jako śniadaniowa przekąska – najczęściej smażone w oleju lub jako składnik kanapek. Choć można było też kupić smażone kiełbaski. Tłok, ścisk i zero porządnej kawy do z ekspresu. Wreszcie po prawie czterdziestominutowych poszukiwaniach udało się znaleźć rybę i zakupić.

Mrs Foch była nieco zawiedziona wyprawą. Skoro jednak miała tak dziwny pomysł, aby kupować zwykłą rybę - sama sobie winna. Trzeba było zwiedzać. Sprzedawcy owoców robili niesamowite show rozśmieszając turystów do łez. Szkoda tylko, że wszystko w języku niemieckim ;)  Tłum zgodnie konsumował śniadanie, nieśpiesznie spacerował, rozglądał się i na stoiskach z zieleniną radośnie nabywał koszyki z niespodziankową zawartością. Genialny sposób, aby uwolnić turystów od męki wyboru ;)  

Jednak, czy to wszystko warte było pobudki bladym świtem w niedzielę?
ZOO w Hamburgu (Tierpark Hagenbeck)

ZOO w Hamburgu (Tierpark Hagenbeck)

Park zoologiczny Hagenbeck to ogromny i niesamowity park w centrum miasta. Samo ZOO składa się z dwóch niezależnych części: akwarium i parku. Park to świat przeznaczony głównie dla dzieci. Zwierzęta, które można dotknąć i nakarmić, mnóstwo miejsca gdzie można biegać, place zabaw, mini kolejka i obowiązkowe małe ZOO, gdzie kózki zachowujące stoicki spokój pozwalają się głaskać, tarmosić i karmić. Nic więc dziwnego, że w weekend ogród przeżywa szturm rodziców wraz ze swoimi pociechami. 

karmienie słoni

Park Miniatur w Hamburgu

Park Miniatur w Hamburgu

Powrót do krainy dzieciństwa? W Hamburgu to możliwe!


Nie jeden czytelnik z nostalgią wspomina dzieciństwo i swoją kolejkę, tory czy też samochodziki, dla których  budował jezdnię i garaże. Dziś już, jako stateczny osobnik nie ma pretekstu, aby sobie coś takiego kupić, ale przecież nadal w głębi duszy jest szalonym małolatem. Dlatego własnie powinien odwiedzić Hamburg i szarpnąć się na bilet do Parku Miniatur. Jak wydatek przeboleje, w spokoju będzie mógł się zająć podziwianiem przez szybkę tego, o czym się marzył większa część dzieciństwa ;)


u-boot muzeum w Hamburgu

u-boot muzeum w Hamburgu

rosyjski okręt podwodny U-434 Hamburg

Mrs Foch w życiu nie widziała tak mylącej nazwy muzeum! Każdy wie, że u-boot to niemiecka łódź podwodna. Pomykało to w czasie wojen po Atlantyku, zatapiało konwoje i było bombardowane przez alianckie lotnictwo. 

A jednak żyliśmy w błędzie!

Kiedy Mrs Foch zmierzała do muzeum oczekiwała, że pokażą jej dumę Kriegsmarine – poklepaną przez Hitlera, z kawałkiem amerykańskiej bomby w kiosku i listą zatopionych statków. Życie jest jednak pełne zasadzek. Za kasami, do połowy ukryty w wodzie, czaił się rosyjski okręt podwodny. I to zaledwie z 1976 roku!

Rosyjski??? Tak! Czerwona gwiazda na kiosku nie pozostawiała złudzeń. Konsultacje z internetami wyjaśniły  niespodziankę. U-boot to po niemiecku każda łódź podwodna. Niestety. 

Wizja świata Mrs Foch runęła w gruzy. Choć dokształciła się językowo, poczucie zawodu zostało. Nikt jednak nie rzucił się z czekoladkami aby pocieszać, personel muzeum zniknął tajemniczo, a słońce bezwstydnie błyskało promieniami na brudnych wodach doku.

Czas wziąć życie za bary i zacząć zwiedzać.


Rosyjski okręt podwodny U-434 Hamburg


Okręty podwodne są piękne z samej swej natury, więc Mrs Foch rozchmurzyła się już przy pierwszym luku torpedowym. Czule pogładziła klapkę, posprawdzała czy można czymś pokręcić, poklikać i rozpłynęła się w zachwycie nad setką tajemniczych zegarów. Czule gładząc rury niewiadomego pochodzenia,  zainteresowała się, z jaką to jednostką obcuje.

I zrobiło się ciekawie. Bowiem Niemcy, w czasie zimnej wojny, capnęli ten okręt u siebie przy brzegu. Jakim cudem to zrobili – materiały muzealne milczą. To podobno największy okręt podwodny na świecie bez napędu atomowego – choć patrząc po rozmiarach toalety czy wysokość sufitu - człowiek ma wizję rekrutacji załogi wśród Pigmejów.
  
Ten relikt zimnej wojny zanurzał się na głębokość 500 metrów, ale ewakuacja była możliwa do 80. Życie marynarzy nie było w cenie. Zdrowie też – patrząc na prycze mechaników przy silnikach.

Wszystkim zainteresowanym tematyką morską Mrs Foch poleca muzeum. Zlokalizowane jest gdzieś na krańcach portu i ciężko się dostać komunikacją miejską – ale google maps zawsze pomoże w potrzebie. Zwiedzanie polega na przejściu całego okrętu. Wyprawa z małymi dziećmi będzie problematyczna – z wózkiem się nie wjedzie, a w środku pełno różnych wystających rzeczy, wołających: „spróbuj mnie urwać!”

Czym byłoby jednak życie, bez sprawdzenia, jak bardzo nie chcemy być marynarzem radzieckiego okrętu podwodnego ;)



Hamburgu - przybyłam!

Hamburgu - przybyłam!

Mrs Foch musi przyznać jedno – Hamburg da się lubić. Z przytupem zdobywa serce brakiem psich kup na chodnikach i wszędowciśniętymi ścieżkami rowerowymi. Chodnika dla pieszych może braknąć, ale ścieżka rowerowa będzie :) Za to parkowanie samochodu to prawdziwa „walka o ogień”. Najbardziej pocieszne są smarty zaparkowane w poprzek miejsc parkingowych – zawsze to wcisną się dwa, a nie jeden.  Smartów zresztą tutaj sporo i wreszcie się wyjaśniło, kto kupuje te pokraczne samochody – hamburczycy (pieszczotliwie zwani hamburgerami).

Oczywiście Hamburg nie jest miastem idealnym.

Pada.

Pada podobno przynajmniej raz dziennie, uzbrojenie się w mały parasol – niezbędne.

Wieje.

Uch i pomyśleć, że Mrs Foch tak narzekała na wiatry w Szczecinie. Teraz wydają się być przyjemnym zefirkiem przy tutejszej piździawie. 

Kolejne dwa lata w życiu Mrs Foch zapowiadają się więc specyficznie. Przeprowadzka ukończona, polskie sprawy pozamykane. Witaj zagramanico ;)


Widok z okna taki sobie, ale nie narzekamy - mogło być gorzej.



start

13.04.2008

Zaczynamy ;)
Copyright © 2014 veni vidi blog , Blogger