u-boot muzeum w Hamburgu

rosyjski okręt podwodny U-434 Hamburg

Mrs Foch w życiu nie widziała tak mylącej nazwy muzeum! Każdy wie, że u-boot to niemiecka łódź podwodna. Pomykało to w czasie wojen po Atlantyku, zatapiało konwoje i było bombardowane przez alianckie lotnictwo. 

A jednak żyliśmy w błędzie!

Kiedy Mrs Foch zmierzała do muzeum oczekiwała, że pokażą jej dumę Kriegsmarine – poklepaną przez Hitlera, z kawałkiem amerykańskiej bomby w kiosku i listą zatopionych statków. Życie jest jednak pełne zasadzek. Za kasami, do połowy ukryty w wodzie, czaił się rosyjski okręt podwodny. I to zaledwie z 1976 roku!

Rosyjski??? Tak! Czerwona gwiazda na kiosku nie pozostawiała złudzeń. Konsultacje z internetami wyjaśniły  niespodziankę. U-boot to po niemiecku każda łódź podwodna. Niestety. 

Wizja świata Mrs Foch runęła w gruzy. Choć dokształciła się językowo, poczucie zawodu zostało. Nikt jednak nie rzucił się z czekoladkami aby pocieszać, personel muzeum zniknął tajemniczo, a słońce bezwstydnie błyskało promieniami na brudnych wodach doku.

Czas wziąć życie za bary i zacząć zwiedzać.


Rosyjski okręt podwodny U-434 Hamburg


Okręty podwodne są piękne z samej swej natury, więc Mrs Foch rozchmurzyła się już przy pierwszym luku torpedowym. Czule pogładziła klapkę, posprawdzała czy można czymś pokręcić, poklikać i rozpłynęła się w zachwycie nad setką tajemniczych zegarów. Czule gładząc rury niewiadomego pochodzenia,  zainteresowała się, z jaką to jednostką obcuje.

I zrobiło się ciekawie. Bowiem Niemcy, w czasie zimnej wojny, capnęli ten okręt u siebie przy brzegu. Jakim cudem to zrobili – materiały muzealne milczą. To podobno największy okręt podwodny na świecie bez napędu atomowego – choć patrząc po rozmiarach toalety czy wysokość sufitu - człowiek ma wizję rekrutacji załogi wśród Pigmejów.
  
Ten relikt zimnej wojny zanurzał się na głębokość 500 metrów, ale ewakuacja była możliwa do 80. Życie marynarzy nie było w cenie. Zdrowie też – patrząc na prycze mechaników przy silnikach.

Wszystkim zainteresowanym tematyką morską Mrs Foch poleca muzeum. Zlokalizowane jest gdzieś na krańcach portu i ciężko się dostać komunikacją miejską – ale google maps zawsze pomoże w potrzebie. Zwiedzanie polega na przejściu całego okrętu. Wyprawa z małymi dziećmi będzie problematyczna – z wózkiem się nie wjedzie, a w środku pełno różnych wystających rzeczy, wołających: „spróbuj mnie urwać!”

Czym byłoby jednak życie, bez sprawdzenia, jak bardzo nie chcemy być marynarzem radzieckiego okrętu podwodnego ;)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mrs Foch będzie zachwycona komentarzem - zawsze to kolejny temat do narzekania :)

Copyright © 2014 veni vidi blog , Blogger