Amsterdam

Amsterdam to urocze miasto. Kanały, wąskie uliczki i atmosfera całkowicie wroga istotom zmotoryzowanym.  Mrs Foch zawsze wraca tutaj z radością i nigdy nie ma dość myszkowania oraz spacerów nad wodą.



Podstawowym warunkiem udanego pobytu  w tym mieście jest porzucenie w bezpiecznym miejscu samochodu. Tym razem padło na parkingi P+R czyli Park and Ride. Najdogodniejszy to chyba ten połączony z centrum miasta linią metra - ogromny stadion Ajaxu

Samo miejsce robi niesamowite wrażenie. Nowoczesna, futurystyczna budowla, z rozsuwanym dachem. Dojazd nie jest skomplikowany - drogowskazy widoczne i czytelne. Problematycznie zrobiło się po zaparkowaniu samochodu - żadnej informacji w języku angielskim! Dobrze, że turystów było sporo i stara metoda "podążaj za tłumem" zdała egzamin ;)

Metoda domysłów, zapytań oraz podpatrywania bliźnich udało  się ustalić, że system działa tutaj w dość prosty sposób:
- w okienku informacji otrzymuje się specjalny bilet parkingowy wraz z biletami na dojazd do centrum i powrót
- bilety należy "skasować" przed przejazdem na stacji (dokładnie wybić na nich datę w malutkim, żółtym kasowniku - o ile w centrum kasowniki były przed wejściem na peron, to na stacji z której startowała Mrs Foch, był jeden umieszczony gdzieś z boku - znalezienie go wcale nie było proste!)
- po powrocie i okazaniu "skasowanych" biletów - potwierdzających, iż pojechało się do miasta i wróciło - na bilecie parkingowym zostaje zakodowana informacja, iż jesteśmy uczciwymi turystami
- wtedy dopiero można pójść do parkomatu i zapłacić 6 euro za parkowanie

Plusy całej tej gimnastyki są ogromne:
- tani i bezpieczny parking, bez stresu związanego z szukaniem miejsca, gdzie można zostawić auto
- wygodny dojazd do centrum w cenie parkingu
Minus jeden - bark jakichkolwiek informacji "jak to działa" a z uwagi na ogromna ilość turystów obsługa nie chce nic objaśniać tylko jak najszybciej wydać potrzebne bilety.

Wreszcie jednak udało się Mrs Foch zostawić samochód, trafić do metra i dojechać do stacji centralnej. 
Ufff.... 
Amsterdamie - przybyłam!





Miasto wiosną jest piękne - turystów jest mało, woda jeszcze nie śmierdzi, a nieśmiałe słońce i świeża zieleń niosą ze sobą mnóstwo optymizmu.




Jako pierwsze rozpoznane bojem miało być Muzeum Morskie i Muzeum Techniki. 





Niestety okazało się, że Muzeum Morskie, jest w remoncie do końca 2009 roku. Na pocieszenie został żaglowiec zacumowany tuz obok - wierna kopia statku Amsterdam, który zatonął w 1749 roku.




Atak na Muzeum Techniki Nemo również zakończył się niepowodzeniem. W środku kłębił się tłum dzieci z nielicznymi dorosłymi - i to właśnie była kolejka do kas. Niestety długi weekend to nie jest najlepszy czas na zwiedzanie muzeów z ofertą familijna.

Plany muzealne pozostały niezrealizowane - Mrs Foch na poprawę nastroju postanowiła się poszwendać po uliczkach między kanałami.








Targ kwiatowy obstawiony tulipanami natychmiast poprawił humor. 





Tak spokojnie spacerując Mrs Foch dotarła do Rijksmuseum czyli  tutejszego Muzeum Narodowego.




Jako, że plany muzealne na ten dzień nie zostały zrealizowane Mrs Foch wiedziona ułańska fantazją postanowiła zahaczyć o Muzeum Diamentów. I niestety pokonała ja przebiegłość holenderskich handlarzy. Wejście do muzeum okazało się być wejściem do sklepu jubilerskiego. Była tam mini szlifiernia, gdzie za szybą kilka osób szlifowało coś, co wyglądało jak diamenty. W gablotach kryształki szkła dawały złudzenie, że człowiek ogląda kamienie szlachetne ogromnych rozmiarów. W dalszej części budynku był już zwyczajny sklep z biżuterią, zegarkami, szlifowanymi szkiełkami... Kiedy wreszcie udało się przebrnąć przez to wszystko okazało się, ze muzeum jest ... trzy budynki dalej. 



Nie tylko Mrs Foch była turystą błąkającym się po sklepie i nie tylko Mrs Foch muzeum zamknięto przed nosem. lawirowanie między półkami i szkiełkami zajęło bowiem zbyt dużo czasu. To nie był dzień na muzea i właśnie w tym momencie, przed zamykanymi drzwiami, Mrs Foch postanowiła się z tym faktem wreszcie pogodzić. 
Nie pozostało wiec nic innego, jak nacieszyć się uroda miasta.

Amsterdam całkowicie sprostał swojej legendzie. 

Były i zwodzone mosty.



Były coffee shop-y, czyli sklepy z marihuaną, gdzie już z daleka prowadził charakterystyczny zapach palonego ziela.





Była słynna dzielnica Czerwonych Latarni - która w świetle dnia wyglądała całkiem niewinnie, pomimo stojących w oknach pań lżejszego obyczaju.



W mieście pełno było kwiatów:






Zaś mieszkańcy udowadniali, że na rowerze można przewieźć wszystko,



a na ulicy miło spędzić czas.




Można tez było natknąć się na swoistą próbę sił - dwa samochody na światłach awaryjnych i pytanie, który z kierowców ustąpi.


Na zgłodniałych turystów czekały zaś automaty z kanapkami.



Żal było wyjeżdżać. Mrs Foch ma ogromną nadzieję, ze będzie okazja aby wrócić :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mrs Foch będzie zachwycona komentarzem - zawsze to kolejny temat do narzekania :)

Copyright © 2014 veni vidi blog , Blogger