St Michael’s Mount - droga


Droga na St Michael’s Mount była tak emocjonująca, że zasługuje na osobny wpis:)

Na wyspę można dostać się na dwa sposoby – w czasie odpływu drogą, w czasie przypływu łodzią. Godziny, w którym możliwa jest piesza wycieczka (czyli otwarcie i zamknięcie drogi) można sobie sprawdzić na stronie zamku, co do dnia.

 Bardzo zależało nam aby pierwszą część wycieczki przebyć pieszo. Z jednej strony byliśmy ciekawi jak wygląda droga, zaś z drugiej strony obawialiśmy się, że czekanie na rozpoczęcie kursów łodzi może być dość długie. Z różnych przyczyn nie dotarliśmy jednak do St Michael’s Mount tak wcześnie, jak to było zaplanowane. Mieliśmy jakieś 5-10 minut do zamknięcia drogi, kiedy wreszcie udało nam się zaparkować samochód. Zamek wciąż jeszcze wydawał się być dostępny.


Na miejscu okazało sie, że zamknięcie i otworzenie drogi jest raczej dość symboliczne. Nie ma szlabanu i muru, które odgradzją biednych turystów od skłębionych morskich fal. Droga jest dostępna z obu stron, z plaży - na którą jest sporo zejść.

Na samą drogę dotarliśmy w momencie, kiedy zaczynał się przypływ.


Jak widać nie jest ona zbyt długa. Nie wiedzieliśmy jednak, jak szybko ten przypływ czyni ją zaleje. Dla dorosłych ludzi przejście kawałka trasy w wodzie po kolana może być fajną przygodą, kiedy się jednak niesie dwójkę dzieci i wózek (też w ręku, zresztą jak się okazało niepotrzebnie) człowiek woli omijać takie niespodzianki ;). Pomaszerowaliśmy więc dziarskim krokiem, nieco się stresując czy zdążymy.

Jak widać nie do końca zdążyliśmy :) Woda sięgała jednak zaledwie do połowy łydki i była tak krystalicznie czysta, że szło się z przyjemnością. Nawet nie czułam, że jest lodowata.


Jak widać za nami szły jeszcze prawdziwe tłumy.Choć Ci w obuwiu sprtowym i obcisłych długich spodniach mieli pewne problemy ;)


A tak wygląda przystań przy zamku w czasie odpływu.


Jeszcze pół godziny po naszym przyjściu drogą szli ludzie i nikt się nie cofał. Prawdopodobnie więc woda nie była głęboka. Myśle jednak, ze przejścia z małymi dziećmi już bym nie zaryzykowała.


Z tarasów zamku mogliśmy zobaczyć jednak, że w momencie kiedy na zalaną drogę wkraczali ostatni śmiałkowie, kursy rozpoczęły małe łodzie dowożące turystów.


Łodzie przybijały do dużej skały, gdzie urządzono prowizoryczną zatoczkę (był przekopany kanał) i pierwszą przystań.. Nie było więc najmniejszej przerwy w dostawach turystów do zamku. Ostatnie osoby widzieliśmy na szlaku godzinę po jego oficjalnym zamknięciu.

A tak wygląda zalana już całkowicie droga.


Przystań zamkowa w czasie przypływu.


I ostatnie spojrzenie na całą zalaną trasę (łącznie z zalaną pierwszą przystanią po stronie lądu).


I wniosek z wyprawy był taki, że niepotrzebnie się stresowałam. Niestety, kiedy mam przy sobie dzieci przejmuję się chyba potrójnie ;)

Poprzednie wpisy:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mrs Foch będzie zachwycona komentarzem - zawsze to kolejny temat do narzekania :)

Copyright © 2014 veni vidi blog , Blogger