Zamek Windsor


Po wizycie w Zamku Windsor mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony budowla jest imponująca, a udostępnione zbiory dość ciekawe. Było jednak sporo drobiazgów, które skutecznie psuły nam radość zwiedzania. Całościowo wycieczka pozostawiła zaś spory niedosyt.

Do najazdu na siedzibę Królowej przygotowaliśmy się bardzo starannie. Dowiedzieliśmy się, że można nigdzie wejść z wózkami dziecięcymi, że nie ma gdzie zjeść, że przy wejściu jest kontrola osobista, podobna do tej na lotniskach. Ta ostatnia rzecz szczególnie zwróciła naszą uwagę – kontrola taka jak wiadomo strasznie spowalnia przepływ ludzi, spodziewaliśmy się więc kolejek. Dlatego postanowiliśmy wyruszyliśmy wcześnie rano aby równo z otwarciem bram wkroczyć na dziedziniec rezydencji. Plan prawie wykonaliśmy ;) Zamek jest otwarty od godziny 10 rano, my do miasteczka Windsor wjeżdżaliśmy jakieś trzydzieści minut później. Niemal puste parkingi i możliwość zaparkowania niemal pod murami upewniła nas, że zdążyliśmy przed większością zwiedzających.  Podeszliśmy pod mury warowni….

I zobaczyliśmy ogromną kolejkę :(


Nie wiem czy to kwestia soboty, czy wakacji (w końcu sierpień), czy ładnej pogody. Kolejka była na jedną godzinę stania i nie chcę nawet myśleć ile musiały czekać osoby, które przyjechały około południa. Więc tak sobie staliśmy, staliśmy a dzieci umierały z nudów. W ramach rozrywki można było robić zdjęcia z dwiema paniami w strojach wiktoriańskich. Nie wiem czy miały cennik, czy brały „co łaska” -  cieszyły się ogromnym zainteresowaniem wśród znudzonych turystów.


Jak się w środku okazało to nie kontrola osobista spowalniała kolejkę a tłumy ludzi przy kasach. Skanowanie turystów i plecaków odbywało się już po kupnie biletów i przebiegało całkiem sprawnie.  Po udowodnieniu, że nie planuje się zamachu na Jej Wysokość, większość turystów ustawiała się grzecznie w kolejnej kolejce po elektroniczny przewodnik.

 I tu kilka słów, dlaczego mnie ten odsłuchiwany przewodnik zdenerwował.  Po pierwsze właśnie dlatego, że to była kolejna kolejka. Może nie na godzinę stania, ale niewiele mniej. Teoretycznie nie ma obowiązku brania, ale niestety w tym akurat zamku nie było żadnych, nawet najmniejszych opisów tego, co się zwiedza. Tylko przyklejony numerek i już. Czasem w bardzo głupim miejscu, gdzie grupa osób ze słuchawkami przy uszach blokowała przejście reszcie turystów. I tu pojawia się trzeci punkt – nie wiem jak ktoś sobie wyobraża pogodzenie pilnowania małego dziecka i odsłuchiwanie nagranej informacji. Nie ma szans, bo dziecko nie ustoi, nie będzie czekać, a rodzić zaglądający co też jego latorośl tym razem pragnie zniszczyć (i dlaczego wybrała akurat zabytek klasy „0”) nie skoncentruje się na tym co słucha. Z wózkiem nie można wejść – więc ten środek przymusu odpada. Pomijam ten drobny fakt, że nie każdy na tyle rozumie język aby z takiego przewodnika korzystać. W Zamku Windsor nie ma jednak zbyt wiele opcji do wyboru. Audio-przewodnik, ewentualne solidne przygotowanie się przed wycieczką, lub idzie się za tłumem i zgaduje co ogląda ;)

Wracając jednak do samego zamku – śliczny jest.




To najstarszy i największy zamieszkiwany obecnie zamek na świecie. Budowę zapoczątkował Wilhelm I Zdobywca prawie tysiąc lat temu, a ostateczny kształt zamek zyskał w XIX wieku przebudowani za panowania Jerzego IV. Więc kształt budowli, która wszystkich zachwyca jest zaledwie dwustuletni ;) 

Po tym jak wreszcie znaleźliśmy się na terenie zamku znaleźliśmy pierwsze nadające się na piknik miejsce i zarządziliśmy odpoczynek. Dzieci się wybiegały, odreagowały, wszyscy coś zjedli – i z lepszymi humorami ruszyliśmy, aby w końcu tę inwazję na królewskie włości przeprowadzić.  I tu kolejne zaskoczenie, bo na pierwszym skrzyżowaniu stał pracownik muzeum i w miarę możliwości kierował ruch w stronę Kaplicy Św. Jerzego. Kiedy zapytaliśmy się, co się dzieje – uzyskaliśmy informację, ze kaplica jest czynna tylko do godziny trzynastej. Następnie zostanie zamknięta aby przygotować ją do ślubu na godzinę siedemnastą. Szybki rzut oka na zegarek uświadomił nam, ze mamy zaledwie 30 minut, więc razem z rzeką turystów ruszyliśmy w dół, do kaplicy.



A teraz małe pytanie – czy wypada marudzić? W końcu pracownik był (choć prawdę mówiąc można było go nie zauważyć), informacji udzielał, do kaplicy zdążyliśmy. Jednak wszystkim tym, którzy weszli później odpadła 1/3 zwiedzania. Przypuszczam, ze rabatu na bilet nie dostali. Informacji o zamknięciu kaplicy nie było też na stronie internetowej. Ot, mała niespodzianka dla hord najeźdźców.

Zdjęć kaplicy nie będzie, bo obstawiana rusztowaniami prezentowała się mało okazale. W zamian stylowe zabudowania tuż obok ;)


Zdjęć z kaplicy też nie będzie, gdyż niestety na całym zamku obowiązuje zakaz fotografowania wnętrz. Podobno ze względów bezpieczeństwa. Może to i prawda – w końcu Królowa często tu bywa. Oczywiście cała masa osób nie stosuje się do tego zakazu robiąc ukradkowe fotki telefonami. My jako cudzoziemcy (więc nieobeznani z prawem i ewentualnymi sankcjami jakie mogą nas spotkać) w dodatku obarczeni małymi dziećmi (co z nimi będzie jak nas występnych wtrącą do lochów?!) postanowiliśmy grzecznie prawa przestrzegać. W końcu zawsze można podlinkowac zdjęcia tych występnych, co brytyjskiej ręki sprawiedliwości się nie bali ;)

Są też w sieci zdjęcia najzupełniej legalne. A przepiękną Kaplicę Św. Jerzego można zwiedzić wirtualnie.  I warto ją zobaczyć. To zarówno średniowieczna perła architektury jak i miejsce wielu ważnych wydarzeń z życia monarchii brytyjskiej. 

A tu jedyne legalne zdjęcie jakie można robić we wnętrzu. Wiem, że rusztowania nie wyglądają zbyt uroczo, ale nie mogłam się oprzeć ;)


Kolejny punkt naszego programu - domek dla lalek królowej Marii – to kolejna kolejka. Zaledwie 30 minut stania. Znudzeni ludzie robili już naprawdę najdziwniejsze rzeczy. Tutaj seria zdjęć z koszem na śmieci. Przerwaliśmy ją niechcący, gdy poszłam wyrzucić puszkę po Coli :0
  

Zobaczenie domku dla lalek polecam.

Queen Mary's Dolls' House brzmi może mało atrakcyjnie, ale to wierne odbicie życia dworu z 1924 roku, w 40 miniaturowych pokoikach, w skali 1:12. Małe samochody jeżdżą, w toaletach można spuścić wodę, działa kanalizacja w łazienkach, w bibliotece są miniatury prawdziwych książek, meble, zasłony, pościel – wszystko jest z normalnych materiałów, wszystkiego można używać. Butelki w piwnicy napełnione są prawdziwym winem. Taka królewska lalka miała super życie ;) Oczywiście pod warunkiem, ze odgrywała jakąś monarszą role. Pokoiki dla służby marne są i mało wyszukane ;)




Kolejny punkt programu to State Apartments. Tu obyło się na szczęście bez kolejek. Apartamenty królewskie są zdecydowanie godne swego miana. Jest tam bardzo ciekawa kolekcja broni i historycznych elementów uzbrojenia, galeria obrazów, porcelany.  Jest Drawings Gallery gdzie było tak potwornie duszno i gorąco, iż weszłam i zaraz wyszłam. Udostępnianie pokoi jest zależne od planów rodziny królewskiej i jeśli ktoś ma pecha, to może nie zobaczyć praktycznie nic.  My mieliśmy przyjemność przejścia się przez najsłynniejsze sale Zamku Windsor.

Waterloo Chamber

Wielki Hall, gdzie Królowa wydaje obiady nawet na tysiąc osób.



Były tez sypialnie, hol gdzie czeka się na audiencję (cały w złocie), przebieralnie, jadalnia. I prawie wszędzie było bardzo duszno. Może to kwestia ilości ludzi, jaka przewijała się przez te sale. Jednak oczekiwałoby się, ze klimatyzacja w pomieszczeniach tak reprezentacyjnych będzie bardziej wydolna. Chyba, że na turystach się oszczędza ;) Dlatego z apartamentów wyszliśmy już bardzo zmęczeni i bez większego entuzjazmu spoglądaliśmy na prywatną część zamku, gdzie mieszka Królowa.
  



Wokół tego dziedzińca urządzane są parady gwardii królewskiej :)

A jeśli ktoś myślał, że w okolicach godziny szesnastej w zamku było choć trochę mniej ludzi to się mylił.

Z wielkim żalem zrezygnowaliśmy z dwóch dodatkowych miejsc do zobaczenia: wejścia na wieżę widokową (nie mieliśmy już sił aby wnosić tam nasze kochane maluchy) i wizyty w Wielkiej Kuchni (kuchni zamkowej – która cały czas działa i wydaje posiłki, dostępnej dwa miesiące w roku). W przypadku tego ostatniego miejsca byłaby to wizyta z przewodnikiem, a Internet jednogłośnie twierdził, że jeśli ma się małe dzieci to lepiej sobie odpuścić te wycieczkę. Nigdzie nie można tam wejść, wszystko jest ogrodzone a przewodnik stoi i opowiada. Prawdopodobnie jest to bardzo ciekawe – ale nie na obecnym etapie naszego życia ;)

Chwilą odpoczynku i wytchnienia była wizyta w Moat Garden, gdzie siedząc na krzesełkach zjedliśmy sobie lody z królewskiego mleka (a dokładnei z mleka królewskich krów). Sam ogród choć mały był bardzo uroczy i zapraszam do zobaczenia zdjęć jakie w nim zrobiłam :)

Ostatnim punktem programu był gwardzista królewski przy wejściu do koszar gwardii. Mam niejasne podejrzenia, że postawili go tam tylko i wyłącznie dlatego, aby turyści mogli sobie robić z nim zdjęcia ;)

I jeszcze rzut oka na miasteczko Windsor. Niestety nie starczyło nam sił, aby je zobaczyć.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mrs Foch będzie zachwycona komentarzem - zawsze to kolejny temat do narzekania :)

Copyright © 2014 veni vidi blog , Blogger