Pairi Daiza (Belgia)



Dawno nie miałam tak pechowej wyprawy. A najgorsze jest to, że trochę jestem sobie winna. Odrobina pecha, szczypta braku przygotowania, awaria systemu informatycznego i upał – oto przepis na małą katastrofę. 

A zapowiadało się tak dobrze! Słoneczny, kwietniowy, dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie belgijskiego Pairi Daiza. Miał być najpiękniejszym ogrodem zoologicznym Belgii, więc obiecywaliśmy sobie wyjazd pełen atrakcji (szczególnie dla dzieci).  

Pierwszym błędem było założenie, ze nie musimy się zrywać skoro świt – w końcu byliśmy na urlopie i nie widzieliśmy żadnych powodów, aby katować siebie budzikiem. Dojechaliśmy około południa i naszym oczom ukazała się….. gigantyczna kolejka!!!



W kwietniu? W środku tygodnia? Jak to możliwe?!

Po chwili już wiedzieliśmy co się stało – awaria sytemu informatycznego kas. Płatności były przyjmowane tylko w kasach automatycznych i można było płacić tylko kartą. Tak oto w jeden z pierwszych ciepłych i słonecznych dni wiosny, staliśmy ponad godzinę w kłębiącym się tłumie (pełnym głodnych dzieci, bo zbliżała się pora lunchu) by po dojściu do terminala zagrać w ruletkę – „jaką kartą można tu zapłacić”. Nie działały francuskie, polskie – udało się dopiero zapłacić brytyjską. I kiedy wydawało się, że wszystkie kłopoty już za nami – pod bramkami wejściowymi doliczyliśmy się, że automat wydrukował nam jedną wejściówkę za mało. Była nas większa grupa, plik biletów jaki dostaliśmy do ręki był spory ( były tam też karty za opłacony parking, umożliwiające wyjazd), stres związany z płatnościami spory – przeoczyliśmy to, licząc wszystko pod automatem.  Pracownik zoo pilnujący bramki dostał więc do ręki plik biletów, rachunek (gdzie było na szczęście wyszczególnione, ile wejściówek kupiliśmy) i poszedł gdzieś się pytać, co mamy zrobić. Na szczęście wpuścili nas. Prawdopodobnie w tym chaosie jaki wtedy panował nikt nie miał głowy do wyjaśniania co się stało z brakującą wejściówką. 

Wyprawę więc zaczynaliśmy zmęczeni, głodni, wciąż jeszcze wkurzeni po przejściach z automatem i wejściówkami, w tłumie równie zmęczonych i głodnych ludzi.


Wszyscy Ci, którzy stali z nami w kolejce, tak jak nasza grupa – rzucili się na pierwszą atrakcję, jaka ukazała się za bramami ogrodu – małe zoo.





Mini zoo było bardzo ładne, miało sporo zwierzątek gospodarskich niemal na wyciągnięcie ręki – niestety moje dzieci już tak miały wszystkiego dość, że miałam wrażenie, że są tutaj za karę. Podjęliśmy wiec decyzję aby pilnie poszukać miejsca na piknik i po lunchu zwiedzać dalej. Po drodze humory poprawił nam piękny paw, prezentujący swoje wdzięki przed samiczką (ona też jest na zdjęciu!)

 
Niestety jak się później okazało – poszliśmy w złą stronę i znalezienie fajnego miejsca na piknik okazało się sporym wyzwaniem. Nieliczne designerskie miejsca były całkowicie zajęte.



Wreszcie udało się. Udało się zjeść, odpocząć, odetchnąć – mogliśmy spróbować nacieszyć się pięknem tego fascynującego ogrodu zoologicznego. Przy czym słowo ogród jest tutaj całkowicie na miejscu. Sporo miejsca zajmuje roślinność, wybiegi zwierząt są wkomponowane w rozległy park z alejkami spacerowymi. 

Czy wspomniałam, ze poszliśmy w złą stronę?  Spory kawałek przeszliśmy – zanim udało nam się dojść do pierwszych zwierząt. Normalnie zrekompensowały by nam to piękne widoki, imponująca roślinność a spacer odbywałby się zacienioną groblą – była jednak wczesna wiosna. Roślinności jeszcze nie było, było za to wyjątkowo upalne słońce. Tak…. Dojdźmy jednak do tych zwierząt.

Świat fauny został w Pairi Daiza podzielony regionalnie. Jako pierwsze odwiedziliśmy Indie. 



Powyżej jedno z fantastycznych miejsc piknikowych - które odkryliśmy ciut za późno, jak na nasze potrzeby.


Poniżej karmienie słoni indyjskich. Można było kupić pokarm i je karmić - jak widać był tam dziki tłum spragnionych kontaktu ze słoniem.



Kolejny region to Afryka - z afrykańską wioską i hienami sprawdzającymi miejsce katastrofy samolotu ;)


Tutaj mamy słonie afrykańskie


Fantastyczny wybieg hipopotama



Jedna z atrakcji dla dzieci - poszukiwanie złota (można było kupić wiaderko z rudą, gdzie faktycznie takie dziecko po przesianiu znajdowało drobinki złota).


I duma ogrodu maleńka, urodzona w 2015 roku żyrafa (na wybiegu wraz z rodzicami).


Następnie przeszliśmy chyba przez Malezję



by dojść do części inspirowanej Chinami. Tam główna atrakcją jest wybieg pandy. Niestety ciemny pawilon i tłum ludzi skutecznie zniechęciły mnie do prób zrobienia zdjęcia.

Uwieczniłam za to fantastyczny plac zabaw



Wybieg dla fok i pingwinów (w tle plac zabaw z górnych zdjęć):



Pawie chodzące między ludźmi w  jednej z kolejnych, fantastycznych piknikowych miejscówek:


Małą ptaszarnię:


Mobilizując resztki sił odwiedziłam jeszcze akwarium:







I poprzez dużą oranżerię ruszyliśmy w stronę wyjścia.



Niestety – nie udało nam się zobaczyć całości. Część parku była jeszcze zamknięta a do części nie udało nam się dotrzeć. Brakło nam czasu na rewelacyjnie zrobione place zabaw i zwykłe leniuchowanie. Zaś ogromny teren ogrodu sprawił, że wyszliśmy wręcz wykończeni.

Gdybym mogła dać jakieś rady odnośnie wizyty Pairi Daiza, to niezbędny jest cały dzień, piękna pogoda i dokładne przestudiowanie planu – aby w czasie posiłku znaleźć się w odpowiednim miejscu. Spokojnie można wziąć swój prowiant – jest mnóstwo miejsc, gdzie można sobie usiąść i wygodnie zjeść. Nie ma problemu z poruszaniem się wózkiem.

Sam ogród jest piękny (choć troszkę kiczowaty, ale w tej konwencji można mu to wybaczyć ;) ) i warto go zobaczyć. Dlatego też bardzo żałuję, ze nam w pamięci zostały tylko te negatywne emocje. Może za rok/dwa namówię rodzinę aby powtórzyć wyprawę ;)

Zdjęcia roślinne w osobnym wpisie: Pairi Daiza - ogrodowo

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mrs Foch będzie zachwycona komentarzem - zawsze to kolejny temat do narzekania :)

Copyright © 2014 veni vidi blog , Blogger