holownik

holownik

Takie coś popłynęło sobie za oknem. Nawet nie mam pomysłu co się z tym robi ;)


Ocean Village Southampton

Ocean Village Southampton

Ocean Village to mała dzielnica wokół portu jachtowego. Są tam domki, wieżowce (w zasadzie jeden  i pół ;)), restauracje, kafejki, biura, kina - miejsce ciszy i relaksu.


Jest wciąż rozbudowywana - docelowo ma być głównym miejscem wypoczynku i relaksu dla mieszkańców miasta. A w zasadzie dorosłych mieszkańców - gdyż jedyne co można tu robić to spacerować, jeść i ewentualnie pójść do kina :) Jeśli ma się jacht, to można też korzystać z mariny :) I choć lista zalet tego miejsca nie wygląda zbyt imponująco - jedno jest warte podkreślenia. Jest tutaj bardzo ładnie.Przy dobrej pogodzie spacer jest faktycznie przyjemnością :)







To urocze miejsce ma swoją historię - jeszcze sto lat temu był to tętniący życiem port towarowy z magazynami, dźwigami i wielkimi statkami przybywającymi tutaj z różnych stron świata. Jakże ogromny kontrast dla dzisiejszej sennej i sielankowej atmosfery ;)


Dzisiejszy post to także moje pożegnanie z tym pięknym miejscem. Nigdy nie sądziłam, że mieszkanie nad wodą ma w sobie tyle uroku. Będzie mi jej brakować :) Zostało w zamian mnóstwo zdjęć i tęsknota za statkami pływającymi za oknem :)
selfie sticks

selfie sticks

Trzeba iść z czasem, postępem i osiągnięciami ;) Rozczuliła mnie możliwość kupna selfie sticks (patyka do selfie po naszemu?) niedaleko punktu widokowego Durdle Door. Trzeba przyznać, ze sprzedawcy starają się zaspokajać potrzeby konsumentów :)




Britannia

Britannia

Największy wycieczkowiec na świecie. Muszę przyznać, że liczby robią wrażenie:
- kosztował 537 mln funtów
- waży 141.000 ton
- załoga liczy 1.400 osób
- zabiera na rejs 3.600 pasażerów
Jest jak małe miasteczko.

Wiosną królowa ochlapała go szampanem i od tamtego czasu bywa w Southampton co dwa tygodnie. Niestety, oglądać go można jedynie z daleka.





Durdle Door (Anglia)

Durdle Door (Anglia)

Mało kto wie, że Anglia ma przepiękną linię brzegową. Kojarzymy ją raczej z zabytkami Londynu czy pięknymi zamkami, którymi wciąż zarządzają potomkowie arystokracji. Przepiękne trasy biegnące klifami wzdłuż kanału La Manche nie są raczej polecane w przewodnikach, a tymczasem ich uroda (szczególnie fragment  nazwany Wybrzeżem Jurajskim i wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO) potrafi rzucić na kolana. Mnie osobiście odkrycie, jakie skarby mam niemal pod ręką, zajęło prawie rok. Niestety dzieci akurat są w takim wieku – że na klify się z nimi nie da rady wybrać. Szukanie na plaży skamieniałych resztek z epoki dinozaurów też było frajdą jedynie na 5 min. Więc jedynie w formie krótkiej wycieczki, pokazującej nam głównie to, co tracimy, zorganizowaliśmy wyprawę do Durdle Door. Prawdziwy śródziemnomorski klimat na angielskim wybrzeżu.

Do tego najczęściej fotografowanego obiektu na Wybrzeżu Jurajskim wiodą dwie drogi. Przepiękny spacerowy (a raczej wędrówkowy) szlak klifami z małego miasteczka Lullwortch (wybierany przez wszystkich, którzy chcą się nacieszyć pięknem otaczającego ich krajobrazu) oraz krótka spacerowa ścieżka z parkingu Durdle Door Holiday Park. Ta druga droga to ratunek dla osób z małymi dziećmi (to o nas) i wycieczek autokarowych ;)

Kiedy więc udało nam się znaleźć miejsce parkingowe, wypakować i ogarnąć spadkobierców, wydostać się z parkingu – zobaczyliśmy taki oto widok:



Zapiera dech, aż chce się iść dalej!
Z boku minęliśmy szlak w stronę Lullwortch Cove:


I po mniej więcej kwadransie doszliśmy na wybrzeże.
Czy ten widok nie przypomina Wam pocztówek z Grecji?



A oto i słynne Durdle Door.



Ja widać ludzi było sporo, a w dodatku od strony tego pięknego łuku wiał bardzo uciążliwy wiatr. Dlatego na piknik wybraliśmy przytulną i bezwietrzną zatoczkę z pierwszych zdjęć. Nie dajcie się zwieść fotografiom - wszystkie plaże tutaj są kamieniste i bardzo niewygodne do siedzenia. Kąpiel możliwa jedynie w specjalnym obuwiu. Jednak takie widoki rekompensują wiele :)


To zdjęcie powyżej, poza piękną plażą pokazuje też klify. Jaśniejszy fragment to świeże, osuwisko z tego sezonu. Przypomnienie, że wędrując szaklami na wybrzeżu należy się trzymać oznakowanych tras i nie robić wycieczek na własną rękę.

A tutaj jeszcze dwa zdjęcia w wakacyjnym klimacie :)



I widok na niesamowite skały, gdzie erozja odsłania ich warstwową budowę.


Na koniec jeszcze klika migawek z miasteczka Lullwortch. Jest urocze i klimatyczne. Słomiane dachy, wąskie uliczki (to akurat przy dużym ruchu samochodów na minus), białe, kamienne ściany domków - czas się tutaj zatrzymał chyba jakieś sto lat temu. Niestety z przyczyn od nas niezależnych mogliśmy miasteczko podziwiać jedynie z okien samochodu - a szkoda, bo warto tu pobyć i nacieszyć się atmosferą tego zakątka.





Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś tam wrócę :)
proszę o uśmiech ;)

proszę o uśmiech ;)


 AIDAbella cumująca w Southampton. Na jej widok po prostu nie sposób się nie uśmiechnąć ;)
z wizytą u farmera (Longdown Activity Farm)

z wizytą u farmera (Longdown Activity Farm)



Dzieci, żyjące w miastach, zwierzęta hodowlane znają zwykle tylko z kart książeczek. O ile mają szczęście, to rodzice zabiorą je czasem do ogrodu zoologicznego, gdzie w małym zoo trafią się jakieś kozy czy owce. Nawet dzieci wiejskie, z tzw. żywym inwentarzem mają coraz mniejszy kontakt. Maluchy wiedzą doskonale jak wygląda krokodyl, rozróżniają różne gatunki dinozaurów ale osiołka od konia nie odróżnią. 
    W Polsce możliwość oswojenia dzieci ze zwierzętami gospodarskimi widziałam tylko w gospodarstwach agroturystycznych (i to w dość ograniczonym zakresie). W Wielkiej Brytanii spotkałam farmy dla dzieci. Miejsca, gdzie nasi spadkobiercy mogą zobaczyć, że krowa czy świnia faktycznie istnieje i jeszcze nie wyginęła. Gdzie mogą zbierać jajka od kur i głaskać pisklęta. 

Dziś więc kilka zdjęć z takiej właśnie farmy zlokalizowanej pod Southampton.


Farma jest faktycznie „prawdziwa” . Nawet czasem śmierdzi zwierzęcymi odchodami, choć do tych akurat miejsc, odwiedzający nie maja dostępu. Jest czysto, porządnie – ale jak wiatr dobrze powieje, to czuć oborą i chlewikiem ;) Jest też pełno pojemników z mydłem i woda do mycia rąk – tak aby po kontaktach ze zwierzętami szybko oczyścić się z tych wstrętnych zarazków ;) Ale to nie o smrodku i zarazkach miałam pisać.
     Zaraz za bramą wejściową witają nas więc klatki z kurami.


Można zobaczyć że mają pióra a bezgłowy korpus z supermarketu nie jest ich codzinną stylizacją ;). Są też pisklaki i małe kaczuszki. Tutaj dzieci mogły je zobaczyć z bliska. Większa ilość była na wielkim wybiegu kawałek dalej.


Ptactwo ma jeszcze jakieś pół godziny do karmienia, a jak widać już ustawia się przy siatce. Po prawej stronie są małe domki - to miejsce gdzie można sobie oglądać świnki morskie, króliki i kury po raz kolejny (i podbierać jajka).


Kawałeczek dalej był domek małych kózek (można je karmić butelką)


oraz tych dużych, które leniwie leżały na sianie i patrzyły na uwijające się dookoła wróble.


Były konie, osły, znowu kury i podbieranie jajek (jajka należało pózniej odnieść do sklepu), pawilon z małymi zwierzetami (odpuściliśmy, bo nie chciało nam się stać w kolejce), krowy na pastwisku i jazda traktorem. Zrobiliśmy za to dłuższy postój przy świniach, bo trafiliśmy na porę karmienia.


Dzieci nosza pokarm w kubeczkach i wsypują do rur. A świnie biją się o te "kocie chrupki" zawzięcie i chrumkają wniebowzięte ;) 
Ano właśnie - zwierzęta na farmie karmią dzieci. W tym wypadku do oporu i tak długo aż sie dzieciakom znudziło -  można było brać pokarm i nosić. Końcówkę rosypywali wręcz sami pracownicy, bo już nie było chętnych do pomocy ;) Przypuszcam, że przy karmieniu butelkami małych kóz czy cieląt jest jakaś kolejka, bo dzieci wymagają jednak nadzoru, ale frajda jest olbrzymia. 
Karmienia są też tak ustawione, że mozna cały dzień tylko chodzić i sypać zwierzakom jedzenie. 

Zaś kawałeczek za dorosłymi świniami mieliśmy świński żłobek.



Kontrast pomiędzy malutkimi, różowymi prosiaczkami a chrumkającym towarzystem, które biło się o chrupki (a wystarczyło dla wszystkich)  ogromny. Wreszcie dzieci zrozumiały, że kiedy mówimy, iż ktoś zachowuje się jak świnka, to wcale nie jest komplement ;)

Poza karmieniem i głaskaniem zwierząt, na dzieci czekają też bardziej tradycyjne atrakcje. Czyli kilka placów zabaw, (jeden na dworze otoczony miejscami piknikowymi, jeden pod dachem, osobno trampoliny, plastikowe traktorki do jeżdzenia, gokardy),


automaty za funcika (to prawdziwe koparki, które kopały w błocie normalne dziury)


czy jazda na kucyku (dodatkowo płatna i dostępna jedynie w weekendy)


Popołudnie spędzone na farmie było bardzo udane. I choć teren jest niewielki, to aktywności dla dzieci mnóstwo i nie ma opcji aby spadkobiercy się nudzili. Z jednym zastrzeżeniem - musi być pogoda. Nie wyobrażam sobie wizyty na farmie w deszczu (te place zabaw pod dachem są bardzo malutkie). 

W bonusie dla dorosłych jest jeszcze sklep ze zdrową żywnością.
"przydrożne" truskawki

"przydrożne" truskawki

Kolejne angielskie zaskoczenie – handel owocami sezonowymi przy drodze. 

    Wiedziałam wcześniej od koleżanek, że można  pojechać sobie na farmę, narwać owoców (i później za nie oczywiście zapłacić) i w ten pożyteczny i pracowity sposób spędzić dzień. Do mnie ten sposób odpoczynku nie trafia ;) Obrywanie owoców nigdy chyba nie będzie dla mnie rozrywką. To praca i tyle. Czyżby wspomnienia z dzieciństwa? ;) Ta praca owszem bywa przyjemna, ale kiedy już płacę za owoce czy warzywa, chcę je mieć zerwane. Dlatego nie zorganizowałam wyprawy na taką właśnie farmę, pomimo wrodzonej ciekawości: „Jak to wygląda?”

    Okazało się za to, ze tak jak w Polsce, owoce sezonowe mogę kupić z samochodu przy drodze. Szok! Byłam przekonana, że jest to relikt handlu obwoźnego, że w tej zachodniej i cywilizowanej Europie nikt się w to nie bawi, ani żadna inspekcja sanitarna na takie rzeczy nie pozwala. Byłam w błędzie. I zresztą całe szczęście, że się myliłam i że poza supermarketami, jakiś inny handel jeszcze istnieje.:)



Na zdjęciu jeden z wielu samochodów z owocami, które mijaliśmy w czasie wypraw na wycieczki :)

Nostalgicznie przypominałam sobie truskawko-budki z Hamburga, gdzie kupowałam owoce sezonowe. Tamte jednak były wersją luksusową takiego handlu :)
Rye - ogródkowe migawki

Rye - ogródkowe migawki

Kilka zdjęć odkrytych podczas porządków w folderze ze zdjęciami ;) Migawki z zieleni "okołodomowej" - czyli dokumentacja jak może być pięknie, jeśli każdy z sercem zadba o otoczenie własnego domu.









Copyright © 2014 veni vidi blog , Blogger