XXII Festiwal Słowian i Wikingów 2016

Festiwal Słowian i Wikingów w Wolinie to impreza, którą warto zobaczyć. Mrs Foch była na nim dawno, dawno temu i wciąż obiecywała sobie, że kiedyś wróci. Choć prawdę mówiąc rok rocznie wizja walki o skrawek miejsca parkingowego, przeciskania się przez tłumy turystów i kolejek do toi-toja skutecznie studziły zapał. Lecz pojawił się pretekst – własna dziatwa już trochę od ziemi odrosła i warto w niej zaszczepić pasje do szwendania się w różnych, dziwnych miejscach.  Więc padło na Wolin – który w dniach festiwalu z całą pewnością nie jest zwyczajny :)

W niedzielny poranek po  niezbyt dobrowolnej pobudce skoro świt - dziatwa wciąż jeszcze nie odróżnia świętego dnia weekendowego, od zwykłego roboczego – Mrs Foch ruszyła w drogę. Festiwal trwał już od piątku. Pierwsze dwa dni lało, więc spodziewać się można było bajora błota, hordy turystów i braku zaspokojenia podstawowych potrzeb, takich jak miła, pustawa i zaciszna kawiarnia, z widokiem na zalew.

Nie było jednak aż tak źle. Po wtarabanieniu się w pierwsze napotkane wolne (wczesne wstawanie ma jednak plusy ;) ) podwórko z krzywym napisem parking i upewnieniu się u gospodyni, że można tu porzucić auto okazało się, że rachityczne chałupy z kawałkiem palisady, przez te wszystkie lata zamieniły się w mały gród, z ogromnym targiem, przystanią i lasem namiotów. Festiwal robi niesamowite wrażenie!



Najważniejsi są ludzie. Masa pozytywnie zakręconych osób, połączonych pasją odtwórstwa historycznego, co roku spotyka się by spróbować, choć przez kilka dni żyć tak, jak nasi protoplaści. Całe rodziny mieszkają w namiotach, gotują na ognisku i ubierają się jak to dawniej bywało. A w dodatku tolerują robienie im miliona zdjęć. ;)





Sama wioska to raczej bogate, kupieckie, średniowieczne miasteczko. Z głównymi ulicami wyłożonymi drewnianymi belkami, kramami uginającymi się od stosów towarów, dużymi domami krytymi strzechą i jadłodajniami, serwującymi średniowieczne przysmaki. Jedynym znakiem naszych czasów były Bilety Narodowego Banku Polskiego ;)









Wszechobecne detale budowały klimat jarmarku sprzed tysiąca lat.





Rzecz jasna można narzekać na brak kawy, którą poganie Turcy przywlekli dopiero pod Wiedeń, zamiast się wcześniej podzielić takim dobrodziejstwem z Europą. Można narzekać na słabe sanitariaty, czy tak sobie zorganizowane wejście na festiwal. Jednak sama Mrs Foch przyznaje, że przy całej fantastycznej atmosferze jaka tam była, to są drobiazgi.

Niestety dziatwa nie dotrwała do popołudniowej bitwy, więc zdjęć krwi, przemocy , odrąbanych kończyn i podrzynanych gardeł nie będzie. W zamian jedynie ujęcie pola bitwy przed walką i wojów, którzy w pełnym rynsztunku ustawiali się do sesji fotograficznej.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mrs Foch będzie zachwycona komentarzem - zawsze to kolejny temat do narzekania :)

Copyright © 2014 veni vidi blog , Blogger